Ludzie

Połowę roboty robi się głową - wywiad z Agnieszką Wysocką, biegaczką ultra

Agnieszka, Marta i Sylwia poznały się na biegowych ścieżkach. Na ten rok zaplanowały #projekt240, żeby sprawdzić się na dystansie najbardziej zaporowym dla biegaczy. Dlaczego musiały ominąć Pilsko, kto śledził kropkę na mapie i jak sprawdził się ich support? Agnieszka Wysocka w rozmowie z Nessi zdradza, co działo się na trasie.

Marta Szałaśna Marta Szałaśna
  20.05.2021
14 minut
DSC_9051_01.jpeg

Marta Szałaśna: Na rozgrzewkę powiedz, skąd się znacie?

Agnieszka Wysocka: Wszystkie w trójkę spotkałyśmy się pierwszy raz na żywo na Hankowo-Rumcajsowym Ultra 80+ w maju 2020. Część trasy pokrywała się z tegorocznym projektem - biegłyśmy wtedy z Sopotni do Szczyrku w większym gronie.

To teraz o samym Projekcie 240 km. Kto go wymyślił?

Pomysłodawczynią projektu była Sylwia. W tamtym roku przebiegłyśmy w dwóch niezależnych biegach Mały Szlak Beskidzki (140 km). Ja z mężem i parą znajomych, a dziewczyny z jeszcze jedną koleżanką, która niestety nie mogła do nas dołączyć w tym roku. Wtedy przyszedł pomysł - a może coś więcej? Sylwia wymyśliła trasę - dystans, który chyba jest najbardziej zaporowy dla biegaczy ultra.

Jak długo się przygotowywałyście?

Mamy ten plus, że w okolicy są góry. W weekendy starałyśmy się biegać coś dłuższego: 20-40 km po górach. Oprócz tego trening siłowy, by wzmocnić nie tylko nogi, ale też wszystkie inne partie potrzebne przy bieganiu. No i szybsze jednostki biegowe, by nabrać szybkości. W moim przypadku bardzo ważną sprawą jest też kwestia odżywiania, żeby na trasie żołądek współpracował :) Probiotyki, unikanie przetworzonego jedzenia to są takie ruchy, które wykonuje się już ok. miesiąc przed biegiem.

Noc przed startem: przespana czy raczej nerwowa?

Przespana. Na pewno pomogło nam to, że nie startowałyśmy rano, więc przed nami był jeszcze cały dzień. Wieczorem jeszcze nie docierało do nas, że to będzie już jutro, że czas panikować ;) Umówiłyśmy się, że wyjeżdżamy po południu. Gdybyśmy startowały rano, napięcie na pewno przełożyłoby się na sen.

A jak wyglądał TEN dzień?

Dzień wcześniej miałam przygotowane rzeczy, chaotycznie rzucone w pokoju. Wiedziałam, gdzie co leży i zabroniłam ruszać. Dużo ogarniał mój mąż, dodając rzeczy, które wydawały się nieprzydatne. Trzy razy jechał na zakupy! Ogarnęliśmy syna, zawieźliśmy go do babci i nie było czasu myśleć. Z dziewczynami miałyśmy ustalone, o której co trzeba robić.

Spakowane, gotowe do boju - i co dalej?

Pojechaliśmy do Bielska, tam spotkałyśmy się z dziewczynami i przesiadłyśmy się do podstawionego busa. Tomek, mój mąż, jechał za nami naszym autem. Podjechaliśmy do Rabki, ale na zaplanowanym parkingu nie udało się zaparkować kampera. Znaleźliśmy inne miejsce, z fajną miejscówką, z której od razu skorzystaliśmy robiąc zdjęcia. To doskonale rozładowało napięcie, bo byliśmy na miejscu trochę za wcześnie, więc udało się zająć myśli czymś innym.

Czas na start. Co sobie powiedziałyście tuż przed?

Wiedziałyśmy, że każda z nas biegnie po to, by dotrzeć do mety. Przed startem życzyłyśmy sobie, żeby się wspierać, pomagać sobie. Jeśli jedna będzie miała gorszy czas, to żeby wspierać ją na duchu. No i, żeby nie trafiła nam się pogoda... jaka się trafiła.

W takim razie powiedz więcej o tym, jak pogoda dała Wam w kość.

Było trudno. Niby zaczęło się dobrze, ale najgorsza była druga doba: padało przez cały czas, do tego burze. Do deszczu można przywyknąć: założyć pelerynę, przemóc się i udawać, że człowiek się tym nie przejmuje. Burza to inna sprawa i to wytrąciło nas trochę z równowagi. Trzeba pamiętać, że burza w górach jest niebezpieczna. Nie mogłyśmy się niepotrzebnie narażać, więc musiałyśmy zrobić małe odstępstwo od trasy, nie wbiegając na szczyt Pilska i obiegając go bokiem. Dodatkowo zaskoczyły nas ilości śniegu i lodu w rejonie Babiej Góry i Rysianki. Wiedziałyśmy, że możemy się tego spodziewać, ale nie w takich ilościach! Tam było sporo roboty i mocno nas to spowolniło - musiałyśmy uważać, żeby nie zrobić sobie krzywdy już na starcie (to był 40-50 km). Ogólnie zaliczyłam jedną wywrotkę, ale na szczęście skończyło się niegroźnie. Nic innego nam się nie przydarzyło. Odzywały się jednak nasze stare kontuzje, więc bandaże i maści szły w ruch.

Wracając do sytuacji pod Pilskiem. Trzy kobiety, trzy silne charaktery - czy w tamtym momencie byłyście zgodne?

Tak. Od razu, kiedy jedna z dziewczyn stwierdziła, że omijamy szczyt, pozostałe dwie się zgodziły. Gdybyśmy chciały biec szczytem w tamtej sytuacji, chłopcy by nas utemperowali i to jest także rola supportu. Jeśli którakolwiek by zaoponowała, na pewno usadziliby nas na tyłkach. Tu wszyscy byli zgodni. Choć zdarzały się sytuacje, gdzie nie było tak różowo.

Na przykład?

To były momenty, kiedy wygrywało zmęczenie i któraś z nas chciała odpuścić, biec trochę wolniej. Z jednej strony to nie zawody, robiłyśmy to dla siebie. Ale z drugiej - po to założyłyśmy sobie ramy czasowe, żeby się ich trzymać. Kiedy któraś z nas miała kryzys, wchodziły ostre, żołnierskie słowa - po to, żeby się zmobilizować, ogarnąć. Kiedy zaczynała się czwarta noc i nie chciałyśmy niepotrzebnie spędzać jej w lesie weszła mocna motywacja, przysłowiowe kopnięcie w tyłek. Tak trzeba było działać w tamtym momencie. Psychika rządzi się swoimi prawami.

Jak wygląda dzień na trasie?

Właściwie zaczynałyśmy biec na noc. Wiele osób pytało nas, dlaczego nie robimy tych pierwszych kilometrów od rana, kiedy jesteśmy wypoczęte. Wiedziałyśmy, że pobiegniemy trzy pełne doby – a nie chciałyśmy kończyć nocą. Wiedziałyśmy, że będziemy mega zmęczone i gdyby wokół nas panowała wtedy ciemność, to byłoby dobijające. Zaczęłyśmy o 20:00, a pierwszych 40 km zleciało szybko - na pierwszym punkcie, gdzie był support zaczynało świtać. Chwilę odpoczęłyśmy, zjadłyśmy i wypiłyśmy coś na szybko. Ruszyłyśmy na Babią Górę a tam zapomniałyśmy o stresie i zmęczeniu, bo było tak pięknie jak rzadko się tam zdarza. Niezapomniane widoki zostaną w głowach do końca życia. Kiedy zbiegałyśmy, chłopcy przygotowywali wszystko dla nas – wjeżdżała kawa, herbata, kanapki czy większe posiłki. Nie zatrzymywałyśmy się tym razem w schroniskach. Dzięki naszemu supportowi ten system fajnie się sprawdził - zawsze byli na czas, nigdy się nie rozjechaliśmy, nie pogubiliśmy. Spisali się super! My padałyśmy, suszyłyśmy się i przebierałyśmy, a chłopcy przygotowywali wszystko dla nas.

Co przygotowywali? Posiłki są przecież bardzo istotne na takiej trasie. Słynna bułka z bananem? ;)

Razem niekoniecznie, osobno - owszem. Banany szybko dają uczucie sytości, więc są w porządku. Ja jem zwykłe jedzenie, bo ono najbardziej mi służy. Żele zamulają mnie, sklejają mi żołądek. Dużo przekąsek miałyśmy ze sobą, by doładować się w biegu czy usiąść na chwilę gdzieś, gdzie było przyjemnie. Do tego zupy, owsianki, owoce, bułki, kanapki - jadłyśmy zwykłe domowe jedzenie, choć nie dwudaniowe obiady typu rosół i kotlet. Na jednym punkcie czekali rodzice Marty i przywieźli nam domowe rogaliki - to było super. Z ciekawostek mogę powiedzieć, że zamiast żeli wcinałyśmy musy dla dzieci w hurtowych ilościach. Najbardziej chodliwym płynem prócz wody i kawy była cola i sok pomarańczowy.

Oglądałam kiedyś program Dawida Andresa z Islandii, gdzie - teoretycznie - był on i kamerzysta. Ale tak naprawdę w tle pracowało więcej osób, których nie było widać. Tak samo jest u Was - przez całą rozmowę przewija nam się słowo support. Kto i jak Wam pomagał na trasie, co się dzieje w tle?

Kampera prowadził mąż Marty - Bartek. Dbał o zaplecze, rozkładał nam spanie, przygotowywał picie. Pomagał nam w każdym momencie. Był też Antek - syn Marty. Śmiałyśmy się, że jest specem od elektroniki - na każdym punkcie, kiedy tam wpadałyśmy, od razu pytał komu ładować zegarek, telefon. Chociaż ma dopiero dziesięć lat, był bardzo pomocny! No i był też mój mąż, który robił po drodze zaopatrzenie, kiedy czegoś brakowało albo była zachcianka typu: "napiłabym się energetyka", jechał i kupował. Plus chodził za nami, wybiegał nam naprzeciw, czasami biegł z nami dłuższą chwilę - żeby zrobić nam pamiątkowy fotoreportaż. Jest biegaczem, ale na temat tego dystansu powiedział krótko: „Nie jestem głupi” ;) Na szczycie Babiej śmialiśmy się, że schodząc po lodzie musi uważać: nie na nogi, tylko na sprzęt foto!
Chłopcy doładowywali nam też plecaki, dorzucali jedzenie, uzupełniali picie.

Skoro już jesteśmy przy szczytach. Czy udało Wam się zdobyć wszystkie założone szczyty, prócz wspomnianego Pilska?

Tak, wszystko, co było w planie - weszło. Najbardziej dała nam popalić Babia ze względu na lód, potem od Hali Miziowej do Rysianki jest fajny kawałek, który zawsze super się biegnie, a tym razem brodziłyśmy do połowy łydek w śniegu. Czantoria dała nam w kość, bo trasa wyznaczona była ostrym zbiegiem, więc kolana mocno już cierpiały.

Na tej trudnej trasie miałyście też inny support - nie mogę nie zapytać o to, jak sprawdziła się odzież Nessi. Zacznijmy od spódniczek.

Nowy krój spódniczki to dla mnie strzał w dziesiątkę, pięknie układa się w ruchu i podkreśla sylwetkę. Pas rewelacja, nie podwija się ani nie zjeżdża, cały czas na swoim miejscu. Kieszonki pojemne choć brakuje mi w nich suwaka. Marta używała spódniczki praktycznie non stop podczas biegu - czyli trzy dni i trzy noce. Podobał jej się niesamowity komfort, lekkość, uczucie drugiej skóry. Getry pod spodem nie uciskały, nie przesuwały się, pozostawały na swoim miejscu. Pas - jak zawsze na plus. Minusem była dla niej rozmiarówka: rozmiar S przy wzroście 168 cm okazał się sporo za duży. Jak zawsze brawa dla Nessi za odblaski. Sylwia opisała spódniczkę tak: cudowny fason! Sama z tyłu przyglądałam się dziewczynom i podziwiałam jak pięknie wygląda na poruszającej się w biegu zawodniczce. Wysoki stan ma plusy i minusy. Plus tuszowanie brzuszka, minus w przypadku tak długiego biegu trochę momentami gorąco i trzeba go wywijać. Materiał oczywiście bomba. Spodenki z taśmami wymiatają.

Jak wypadły nasze koszulki Karbon?

Koszulka Karbon jest lekka jak piórko, można zapomnieć że ma się ją na sobie. Idealna na upalne dni, schnie w oka mgnieniu doskonale regulując wilgotność skóry. Luźny krój daje dużą swobodę ruchów i nie krępuje sylwetki. Kieszonka pojemna, sporo można w nią napakować. Marta była też zachwycona właściwościami bakteriobójczymi Karbonu, dzięki którym nie czuć absolutnie nic, mimo używania koszulki przez dwie doby. Zamek na plus - pozwalał regulować temperaturę. Kieszonka z boku jest dobra na coś drobnego. Super pomysł z przelotką, jednak umieszczony tam telefon "latał" i to chyba jedyny w jej odczuciu minus tej koszulki. Sylwii spodobała się struktura materiału i lekkość, choć na pierwszy rzut oka myślała, że koszulka nie będzie przyjemna dla skóry! Zamek przydał się na podejściach jak było gorąco. Jej zdaniem koszulka dobrze się układa, fason jest z kolei dobrze odszyty i kobiecy.

Świetnie! Wróćmy jeszcze na trasę. Które miejsce zapamiętacie sobie do końca życia?

Było takie miejsce za Baranią Górą. Tam wchodziłyśmy drugiej nocy - z mgłami, deszczem. Morale upadło na podejściu, a potem zaczęłyśmy zbiegać. On zawsze jest usłany luźnymi kamieniami. Wtedy dokładnie szlakiem płynęła rzeka, więc musiałyśmy biec w tej lodowatej wodzie - dobiegłyśmy wtedy do busa i przeklinałyśmy na czym świat stoi.

A kiedy poczułyście największy przypływ energii?

Kiedy wiedziałyśmy, że trochę nam braknie i nie zamkniemy się dokładnie w tych trzech dobach. Wbiegłyśmy na ostatni punkt w Porąbce, mocno poganiałyśmy - to był krótki odcinek: podejście i długi zbieg. Nie chciałyśmy się nad tym specjalnie długo rozwodzić. Było już ponad 200 km w nogach i skąd wtedy wzięła się ta siła? Nie mam pojęcia!

Mogłyście liczyć na doping rodzin?

Można było śledzić naszą trasę online i pchać kropkę :) Każdy mógł zobaczyć na mapie. Kiedy pół godziny musiałyśmy przeczekać, uciekając przed burzą - od razu Tomek był bombardowany przez telefony, dlaczego tam stoimy, skoro postój w tym miejscu nie był zaplanowany. Rodziny wspierały nas na odległość, trzymały kciuki. Stare baby, a nadal mamy wsparcie rodziców.

Sprawdziłyście swoje możliwości na 240 km. Czy teraz planujecie kolejny projekt?

Póki co - nie. Nie wiem czy dłuższa trasa miałaby sens.

Jesteście mamami. Czy sportowego bakcyla udaje się przekazać dzieciom?

O tym najwięcej rozmawiałyśmy na trasie. Nasze dzieciństwo to bieganie po podwórkach, piłka basen. Teraz dzieci siedzą przed komputerami i trudno je często od nich oderwać. Są aktywne za naszą sprawą, ale trzeba je zachęcać i popychać w tym kierunku.

Pewnie wiele mam w naszym gronie zgodzi się z Wami. Chcesz coś przekazać innym #nessigirls?

Nie róbcie tego bez przygotowania! Nie jesteśmy WOW, że to zrobiłyśmy, to nie jest jakiś niesamowity wyczyn. Ale przygotowanie fizyczne i psychiczne to podstawa. Tutaj połowa roboty jest zrobiona głową. Jeśli rozboli Cię brzuch, weźmiesz tabletkę i biegniesz dalej. Trudno jednak przewidzieć, jak człowiek zachowa się na takiej trasie.

Projekt 240 km w liczbach:

  • 3 dziewczyny

  • 75 godzin na trasie

  • 7 godzin snu

  • 3 burze

  • 1 fikołek zakończony siniakami

  • 0 kontuzji

  • 37 szczytów (tych istotniejszych)

Ważniejsze szczyty: Okrąglica, Polica, Główniak, Sokolica, Babia Góra, Mała Babia Góra, Mała Mędralowa, Beskid Krzyżowski, Rysianka, Suchy Groń, Magurka Radziechowska, Barania Góra, Wierch Wisełka, Beskidek, Szarcula, Kiczory, Stożek Wielki, Stożek Mały, Soszów Wielki, Soszów Mały, Czantoria Wielka, Równica, Błatnia, Stołów, Klimczok, Czupel, Suchy Wierch, Kościelec, Kocierz, Potrójna, Złota Górka, Trzonka, Hrobacza Łąka, Groniczki, Gaiki, Czupel

***

BIO

Marta Długosz

Ultrabiegaczka, która ma na koncie kilkanaście biegów górskich. Najdłuższy z nich to mordercze 160 km. Marta po prostu kocha biegać - więc krótsze dystanse, OCRy i biegi uliczne też nie są jej obce. Piątki, dyszki, sztafety, połówki, maratony w Bratysławie, Gdyni czy Wiedniu.
„Sport od zawsze był obecny w moim życiu - nie wyobrażam sobie innego stylu życia. Cierpię na ADHD wieku dorosłego, ciągle w ruchu.”- śmieje się, podsumowując swoją pasję. Jest także mamą dziesięcioletniego Antka, który jest z nią podczas większości zawodów, a teraz debiutuje na supporcie ultra. To się nazywa przekazanie swojej zajawki dziecku! Choć Marta zawodowo jest lektorem języka angielskiego i tłumaczem, ma też - poza bieganiem – wiele innych sportowych pasji: pływanie, rower MTB, fitness, narciarstwo, polesport/poledance, rolki, SUP, żeglarstwo.

Sylwia Bondarczuk

To także ultrabiegaczka z kilkunastoma ultramaratonami na koncie i również jej najdłuższym dystansem jest 160 km. Aktywność jest trwale wpisana w jej życie, więc na bieganiu się nie kończy. Uprawia także wspinaczkę, jeździ na rowerze szosowym i macha ciężarkami. Najlepiej odpoczywa w lesie, gdzie czuje się jak w domu. Sama o sobie? Wrażliwa dusza z tzw. „zespołem niespokojnych nóg" – podkreśla żartobliwie. Zawodowo jest projektantką wnętrz, a prywatnie – mamą dwójki pociech, dziewiętnastoletniej Karoliny i dwunastolatka – Krystiana.

Agnieszka Wysocka

Zaczynała od asfaltowych piątek, ale szybko zrozumiała, że jej żywioł to dzicz, las i góry. Tę miłość do natury połączyła z ukochanym sportem i to właśnie tak od 3,5 roku realizuje swoją pasję. Jej najdłuższy dystans MSB (140 km), po drodze było też kilka setek i krótszych ultra. Powiedziała o sobie ciekawą rzecz, która rzuca fajne światło na bieganie: „Biegam ultra, bo nie lubię się spieszyć”. Na co dzień siedzi za biurkiem i jest związana z branżą moto, a po pracy relaksuje się piekąc chleb i czytając kryminały. Mama dorosłej Julii i nastoletniego Szymka, żona Tomka. Rodzina rozumie i wspiera jej pasję.

Autorem zdjęć jest Tomasz Wysocki.

Marta Szałaśna

Marta Szałaśna

W Nessi odpowiada za komunikację marki. Z wykształcenia dziennikarka i filolożka. Miłośniczka podróży, górskich wycieczek i bliskości z naturą. Wieczorami ćwiczy fitness, składa klocki Lego, czyta. Mama dwójki dzieci, Tymka i Kaliny. Pańcia Tekili, suczki adoptowanej ze schroniska.

Może Ci się spodobać:

Rozgrzewka i rozciąganie – co zmienia się na przełomie zimy i wiosny?
Porady

Rozgrzewka i rozciąganie – co zmienia się na przełomie zimy i wiosny?

Rozgrzewka przed bieganiem na przełomie zimy i wiosny jest specyficzna. Organizm wolniej się rozgrzewa w związku z tym, należy uważniej podejść do rozgrzewki oraz do ćwiczeń rozciągających po treningu. Sprawdź jak dobrze przygotować się do treningu aby był efektywny i bezpieczny.

Jak przebiec 10km w 60 minut i nie umrzeć? Gotowy plan treningowy na 10 tygodni!
Porady

Jak przebiec 10km w 60 minut i nie umrzeć? Gotowy plan treningowy na 10 tygodni!

Jeśli trafiasz na ten tekst, to najprawdopodobniej pierwsze 5 km masz już za sobą – może z dumą złamane w 30 minut, a może po prostu przebiegnięte z pełnym zaangażowaniem. Teraz pora na kolejny krok: 10 km w godzinę. Brzmi ambitnie? Spokojnie. Oto plan, który krok po kroku wprowadza w nową biegową rzeczywistość – bez presji, z dystansem (dosłownie i w przenośni) oraz solidną dawką motywacji. 10 tygodni, klarowna rozpiska, szczypta humoru i mnóstwo satysfakcji. Czas ruszać dalej!

Jak poprawnie biegać pod górę?
Porady

Jak poprawnie biegać pod górę?

Sprawdź na co zwrócić uwagę biegając pod górę aby pokonywanie podbiegów stało się efektywniejsze i przyjemniejsze.

Zapisz się do newslettera

Dowiedz się, co piszczy w nowej kolekcji i nad czym aktualnie pracujemy! Bądź na bieżąco z promocjami i informacjami z wnętrza firmy. Obiecujemy tylko najbardziej kolorowe newsy :)

Kontakt

Progres W. Izbicki, N. Sztandera, Ż. Adamus Spółka Jawna
Jana III Sobieskiego 16, 32-650 Kęty

Copyright © Nessi. All rights reserved.